Wybierz region

Wybierz miasto

    Mirosława Milewskiego przygoda z futbolem

    Autor: Grzegorz Szkopek

    2007-11-13, Aktualizacja: 2007-11-13 12:00

    Mirosław Milewski w piłkę nożna grał przez blisko 22 lata. W tym przez siedem lat w Płocku. Po zakończeniu kariery związał się z naszym miastem i drużyną. Został drugim trenerem Wisły.


    Mirosław Milewski w piłkę nożna grał przez blisko 22 lata. W tym przez siedem lat w Płocku. Po zakończeniu kariery związał się z naszym miastem i drużyną. Został drugim trenerem Wisły. Jego marzeniem jest awans nafciarzy do ekstraklasy.

    Tak naprawdę 39-letni Milewski nie miał innego wyjścia niż gra w piłkę nożną. – To rodzinna tradycja – mówi. – Grał mój ojciec i starsi bracia. Nie wypadało, żebym ja nie grał. Nie mogłem być odmieńcem. Początkowo były to więc względy rodzinne. A gdy jeszcze mój najstarszy brat zaczął grać w pierwszej lidze, chciałem mu dorównać. Marzyłem, żeby zagrać w ekstraklasie i trafić do reprezentacji. To drugie niestety się nie udało.

    Zaczął w rodzinnym Inowrocławiu. Pierwsze kroki stawiał w Goplanii. Bardzo szybko jednak trafił do seniorskiej piłki. Gdy miał zaledwie 17 lat wywalczył sobie miejsce w defensywie pierwszego zespołu. Kolejnym klubem był Zawisza Bydgoszcz. – Musiałem tam trafić, gdyż w Zawiszy odsługiwałem wojsko – opowiada. – Miło wspominam tamten czas, bo z Zawisza awansowaliśmy do I ligi.

    W swojej karierze ma na koncie mistrzostwo Polski z Lechem Poznań w 1990 r. – Pobyt w stolicy Wielkopolski był krótkim epizodem – mówi. – Ale akurat trafiłem do Lecha, gdy walczył o mistrzostwo. Niewiele wtedy grałem, byłem zmiennikiem, bo w Lechu byli tacy zawodnicy, że ciężko było się przebić do pierwszego składu. Ale jakąś cegiełkę, chociaż niewielką dołożyłem do tego tytułu i bardzo się z tego cieszę.

    W Płocku Milewski zameldował się w 1993 r. Przyszedł z Chemika Bydgoszcz, który właśnie spadł z II ligi. Na jednym z meczów obserwowali go wysłannicy ówczesnej Petrochemii. Przyjechał do Płocka na testy, był na zgrupowaniu, zagrał w sparingach i spodobał się trenerowi Grzegorzowi Wenerskiemu. Zakotwiczył w Płocku na siedem lat. To najdłuższy pobyt w jednym klubie w całej karierze Milewskiego. – Bardzo sobie chwalę pobyt w Płocku jako zawodnik – mówi. – Czułem się tu dobrze i ja i moja rodzina. Przede wszystkim to był od zawsze stabilny klub, a ja zaznałem w swoje karierze smaczku biedy.

    Z Petrochemią Milewski wywalczył pierwszy historyczny awans do ekstraklasy. W sumie podczas gry w Płocku takich awansów ma na koncie trzy. Ale ten pierwszy najbardziej utkwił mu w pamięci. – Nigdy go nie zapomnę – zapewnia. – Była wspaniała atmosfera w zespole i na trybunach. O tym jak wielka to była sprawa chyba najlepiej świadczy to, że na ostatni mecz w Płocku, który decydował o awansie przyszło 18 tysięcy ludzi. To było coś fantastycznego. Wygraliśmy 3:0 i można było świętować. Radość była tym większa, że nikt na nas nie stawiał jako na faworyta rozgrywek.

    W tamtych czas klub z Płocka balansował na krawędzi awansów i spadków z ekstraklasy. Dlaczego spadał? - Przy pierwszym zadecydowała pierwsza runda – uważa. – Zespół nie był praktycznie wzmocniony i nie udało nam się zgromadzić zbyt dużo punktów. W drugiej rundzie poszło nam już zdecydowanie lepiej, ale jednak trochę zabrakło. Przy kolejnym spadku, wydaje mi się, że zbyt dużo zostało wymienionych zawodników. To był zbyt krótki czas, żeby taka liczba graczy dobrze wkomponowała się w zespół. A drużyna, która za Leszka Harabasza awansowała była naprawdę dobra. Myślę, że niewielka kosmetyka mogła nam dać utrzymanie w lidze. Ale stało się inaczej.

    Milewski z rozrzewnieniem wspomina tamtą ekipę. Podobnie jak płoccy kibice: – Graliśmy naprawdę dobrze, widowiskowo, zdobywaliśmy dużo bramek, na trybunach były tysiące kibiców. To był taki bardzo płocki zespół, chociaż byli w nim zawodnicy z zewnątrz. Każdy z nich utożsamiał się z klubem, miastem. Każdy mecz był dla nas świętem.

    Opuścił Płock w 2000 r. Trenerem był wtedy Adam Topolski. Miał inną koncepcję i nie widział Milewskiego nie tylko w składzie, ale nawet w szerokiej kadrze. – A ja czułem się na siłach, żeby jeszcze grać i nie wyobrażałem sobie bezczynności – mówi. – Zdałem sobie sprawę, że muszę odejść z Płocka. Uczyniłem to z wielkim bólem, ale taki już los piłkarza.

    Wrócił do Płocka, ale w zupełnie innej roli. Krótko trenował Mazowsze Płock, bo ówczesny szkoleniowiec Wisły Josef Csaplar wziął go do swojego sztabu. Po dymisji Csaplara został drugim trenerem przy Przemysławie Cecherzu, a następnie Czesławie Jakołcewiczu. Teraz Milewski po raz drugi znalazł się w sytuacji „strażaka”, jeśli chodzi o sztab szkoleniowy nafciarzy. Na razie jeszcze go nie korci, żeby zostać pierwszym trenerem. – Uważam, że mam za małe doświadczenia, żeby poprowadzić sam drużynę – przyznaje. – Myślę, że kiedyś to nastąpi. Trzeba zacząć pracować na własne konto.
    Milewski uważa, że w Płocku uda się stworzyć zespół, który awansuje do ekstraklasy. – I co więcej będzie w niej grał bez obawy o spadek – twierdzi. - Musimy mieć drużynę, która będzie przede wszystkim walczyła w każdym meczu, bez znaczenia z jakim gra rywalem. Pamiętam, że właśnie tak było w ekipie Harabasza. Zawsze mieliśmy taką samą wysoką motywację i chęć zwycięstwa, niezależnie od tego z kim graliśmy. Teraz mamy szanse, aby mieć taką drużynę, chociaż nie od razu Kraków zbudowano. Takiej ekipy nie buduje się z dnia na dzień. Będzie przerwa, nowy trener będzie miał już rozeznanie i może powstać zespół, który przyciągnie kibiców.

    Według Milewskiego Wisła ma niezłych piłkarzy i do tej grupy trzeba dokooptować trzech-czterech zawodników, którzy wniosą trochę świeżej krwi. – Trzeba ściągnąć wojowników. Zawsze nowi powodują większą motywację u tych, którzy już są - przekonuje.

    Futbol, podobnie jak w przypadku innych piłkarzy, także u Milewskiego miał Duzy wpływ na Zycie rodzinne. – Do pewnego momentu rodzina za mną jeździła – mówi. – Ale jak syn poszedł do szkoły żona Katarzyna została w rodzinnym mieście. A ja dalej krążyłem po klubach. Mam wspaniałą, wyrozumiałą żonę, która wiedziała, że to jest moja pasja, moje życie i z tym nie konkurowała. Często nie miała ze mnie pożytku.

    Właśnie rodzinie Milewski poświęca wszystkie wolne chwile. – Kiedyś mój syn Hubert chciał mnie zarazić wędkowaniem – wspomina. – Mówił, że to świetny relaks. Ja w to wierzę, ale w moim przypadku to się nie sprawdziło i nie zaszczepił mi bakcyla wędkowania.

    Dzisiaj Hubert jest studentem pierwszego roku. Oczywiście gra w piłkę nożną. Zaczynał w Płocku od stania na bramce. – Ale jak wybili mu palca, rzucił rękawice i już nie chciał grać na tej pozycji – opowiada Milewski. – Obecnie gra w piątoligowym zespole pod Inowrocławiem.

    Nazwisko Milewski jest powszechnie znane w Płocku. Ale to głównie za sprawa prezydenta miasta, który także ma na imię Mirosław. – Takie pomyłki mojej osoby z prezydentem zbyt często się nie zdarzają – mówi. – Kiedyś w Urzędzie Miasta, gdy pani zajrzała w mój dowód, spojrzała na mnie płomiennym wzrokiem, uśmiechnęła się i powiedziała: to nie ten.

    Mirosław Milewski nie czuje się piłkarska ikoną Wisły. – Jest wielu bardziej zasłużonych piłkarzy dla Płocka. Ja tylko się cieszę, że miałem udział w tym historycznym awansie i że przez siedem lat udało mi się być podstawowym zawodnikiem u wielu trenerów.

    Sonda

    Czy jesteś za powtórką egzaminu gimnazjalnego, jeżeli potwierdzi się przeciek? Czytaj więcej...

    • nie (57%)
    • tak (43%)